Wspomnienia wojenne Jana Grelaka
Wspomnienia wojenne Jana Grelaka
autora rękopisu "Historia Bukowiny" przekazane przez Krystynę i Józefa Makuchów
Zeszyty zawierają również inne wspomnienia dotyczace okresu II wojny światowej, sukcesywnie będą one wprowadzane do kapsuły.
Wysiedlenie Bukowiny
W dniu 29 czerwca 1943 roku w święto Piotra i Pawła, w późnych godzinach popołudniowych odezwały się strzały w Księżpolu. Nad Tanwią ustawiono działa i zaczęto ostrzeliwać Majdan Księżpolski; natychmiast wieś się zapaliła, zaczęło się wysiedlenie. Choć organizacja podziemna była czynna, kiepski miała wywiad, gdyż o wysiedleniu nie wiedziano, zostaliśmy wszyscy zaskoczeni.
Od świtu 1 lipca 1943 roku wojska SS i nowo pobrane Szupo okrążyło Bukowinę tak jak biegnie granica pól i co 50 m stał żołnierz tak, ze wsi nikt nie mógł się wydostać. Rano do wsi zajechały wojska SS, ukraińskie szupo i policja granatowa, która była na służbie niemieckiej.
Na łące za dzisiejsza mleczarnią ustawiono maszt radiostacji, a górą z niewielkiej odległości patrolowały samoloty. Podzielono wojsko na drużyny, zrobiono im odprawę, zaopatrzyli się w dobre kije i poszli po domach. Pytali się czy jesteś Volksdeutschem, czy Ukraincem. Polaków wypędzano natychmiast z domu, osoby niedołężne i stare pozostawiano. Nikt nie był przygotowany, zabrał, co miał pod ręką, a nieraz najpotrzebniejsze rzeczy zostawił. Każdy niejako był przekonany, ze te rzeczy nie będą mu potrzebne, gdyż idzie na śmierć. Byli tacy, co z małymi dziećmi wyszli tylko w koszulach. Następnie, tu na naszym odcinku spędzono ludzi na pastwisko obok zabudowań Jęczmionki Mikołaja, dziś Leśniaka Andrzeja. Odczytano czarną listę, wystawiona przez Ukraińców i oddzielono osobno Łuszczka Tadeusza, Abramka Jana, Kruka Michała, Kozę Józefa i Niedzielskiego Andrzeja. Oficer SS miał do nas przemówienie, które następnie przetłumaczył sierżant policji granatowej: „Zabieramy was stad, gdyż to nie są ziemie wasze. Osadzimy was na ziemiach swoich, gdzie będziecie pracować”.
W tym przemówieniu było dużo prawdy, gdyż zawieziono nas na Pomorze i te ziemie stały się naszymi. Załadowano nas na samochody i pod silną eskortą zawieziono nas na stacje kolejową w Lubaczowie. Wagony towarowe były gotowe na bocznicy kolejowej. Tam nas zapędzono, wprost wtłoczono, okna były zakratowane i tak staliśmy do późnej nocy. W czasie postoju pociągu wcale nas nie wypuszczano z wagonów i każdy, mimo tłoku, musiał załatwiać potrzeby fizjologiczne na miejscu. Najgorzej było z małymi dziećmi. Już w późną noc pociąg ruszył w drogę jadąc w stronę Bełżca.
Dopiero w wagonie zaczął się lament: jedni płakali, inni modlili się i inni napędzali do modlitwy, gdyż przypuszczano, ze wiozą nas do Bełżca do obozu zagłady, gdzie będzie koniec.
Uspokojono się, gdy rano przyjechaliśmy do Bełżca i przez uchyloną kratę, jakiś kolejarz powiedział, że obóz w Bełżcu nieczynny. Na całej trasie wzdłuż torów była ochrona z gniazdami karabinów maszynowych i po drodze spotkaliśmy wsie wysiedlone. Tak przywieziono nas do Zwierzyńca, obozu przejściowego, który był położony około 2 km od stacji kolejowej. Lato, ciepło, upał, każdy zmęczony, a najbardziej ustawali, wprost upadali ludzie starsi i ci, co mieli małe dzieci.
W obozie pilnie strzeżonym z wież obserwacyjnych ulokowano nas na drewnianych pryczach i wprost na podłodze, karmiono raz dziennie byle zupą ludzie nie mieli z sobą naczyń do jedzenia i niejeden musiał jeść z tego garnka, w którym w wagonie musiał narobić. W obozie był oddzielny barak ogrodzony drutem (karny), gdzie spędzono wszystkich podejrzanych i wszyscy nasi bukowianie, których we wsi odłączono, tam się znaleźli. Tam okropnie ich katowano: położono na podłodze jeden obok drugiego, szedł esesman z grubym dębowym kijem i bił po kolei gdzie trafiło. Mieli nas wywieźć na Majdanek, ale Landwirt nazwiskiem Schon, gospodarz rejonu przyjechał do obozu i oświadczył, ze to wieś spokojna, wywiązywała się dobrze z nałożonych obowiązków. Inne wsie przeszły przez Majdanek.
Następnie, po kilku dniach wzywano całymi rodzinami do baraku, gdzie było kierownictwo obozu. Siedziało tam przy stole kilku z SS, a między nimi był bardzo wysoki, przystojny, o miłej powierzchowności. Robili przesłuchanie każdego. Ten wysoki każdego obejrzał i powykręcał na wszystkie strony. Był to chyba antropolog. Chcieli może w ten sposób przekonać się, czy nie ma między nami Żyda. On to właśnie dwie rodziny z Bukowiny ( Bazana Antoniego – 7 osób i Tychanowicza Andrzeja – 3 osoby) uznał za rasowych Niemców oraz jedną młodą dziewczynę nazwiskiem Sołtys, która przyszła ze wsi Przymiarki do Bukowiny do krewnych w odwiedziny i tu ją z rodziną Fusów wysiedlono. Była naprawdę ładna: wysoka, prosta, blondynka – prawdziwie typ nordycki.
Po przeprowadzeniu tego przesłuchania 12 lipca 1943 roku wywieziono nas do Zamościa do obozu, który znajdował się na górce za koszarami; tu przeszliśmy badania lekarskie. W nocy spędzono wszystkich na duży oświetlony plac obok baraków i jeden z SS, co mówił po polsku przykładał do ust trąbkę ( megafon) i wywoływał nazwiskami ile osób ma stawać na lewo, innych kierował na prawo. Gdy tak wszystkich wywołano, policzono, przelustrowano, tych z prawa zaprowadzono do wagonów i odesłano do Lublina, a tych z lewa, a byli to ludzie starzy i z małymi dziećmi do powiatów Puławy, Bychawa i Opole Lubelskie. Tam ich zakwaterowano po wsiach. Kilka rodzin zostało w Zamościu do pracy, w miejscowych folwarkach. Natomiast członków rodzin uznanych za rasowych Niemców, wywieziono do Bawarii, gdzie traktowano ich jak swoich: dostali kartki żywnościowe, byli wolni i nie nosili „P”. tych którzy zostali wywiezieni do Lublina, zawieziono na ulice krochmalną, skąd po kilku dniach pobytu wywieziono ich pod eskortą do obozu w Pile – też w wagonach zamkniętych, ale okna w nich były otwarte, a same wagony nie były tak ciasno napchane.
Wspomnę jeszcze o obozie w Zamościu: obok naszych baraków był barak karny – więźniowie przechodzili okropne tortury, słychać było straszne jęki. Teraz powrócę do Bukowiny,. W czasie wysiedlenia 3 osoby zostały zabite w swoich mieszkaniach, 3 zabito na swoim podwórzu za stodołą i 4 młodych chłopcy, którzy kryli się w zbożach. W czasie wysiedlenia kilku młodych wyrostków skryło się w kościółku. Byli to: Józef Pisarczyk, Jan Dorosz, Michał Klecha, Andrzej Klecha, Jan Gałka i Józef Leśniak. Niemcy nie zaglądali do kościółka. Gdyby ich znaleźli to wystrzelaliby na miejscu. We wsi jawnie zostali tylko Rusini ( Ukraińcy) oraz dwie rodziny, które zgłosiły się jako Ukraińcy lub Volksdeutsche, pozostało też kilkanaście osób starych niedołężnych, kilkanaście ukryło się.
W następne dni bardzo przykry widok, wojska ustąpiły tylko chodziły patrole polsko ukraińskie. We wsi pustka tylko psy wyły, bydło było niedojone ryczało w niebogłosy, konie które się uwolniły ze stajni i bydło, wszystko grupowało się koło wodopoju przy studniach, czy sadzawkach. Dopiero za dwa, trzy dni przywieziono Ukraińców z powiatu tomaszowskiego. Wysiedlono ich z własnych gospodarstw, a na ich gospodarstwa Przywieziono Niemców znad Morza Czarnego. Wójt zasiedlał nowe gospodarstwa. Na posterunku polskim był Ukrainiec: rudy, dziobaty, pochodził z Galicji; okropnie się mścił na Polakach, mówili, że jak nie zabije Polaka, to mu śniadanie nie smakuje. Ogłoszono, że kto się ukrył to może powracać na swoje gospodarstwa. Wyszli z ukrycia: Makuch Wojciech, Bulicz Michał, Kida Piotr i Zań Sebastian, ale wszyscy zostali zabici.











