Wspomnienia wojenne Stanisława Hubki, syna Michała Hubki
Wspomnienia Stanisława Hubki, syna Michała Hubki
wywiad przeprowadzony przez Ewę Szabat z Biblioteki Publicznej w Biszczy w 2025 roku.
Wspomnienie o ojcu Michale Hubka
Mój ojciec nazywał się Michał Hubka. Urodził się 11 września 1915 roku w Bukowinie. Miał brata Andrzeja oraz dwie siostry. W czasie wojny brat nie mieszkał już z nimi — był żonaty i gospodarował na innym gospodarstwie w Bukowinie. Dziadkowie również już wtedy nie żyli.
W roku 1943 ojciec został aresztowany i wywieziony do Oświęcimia za ukrywanie Żydów. Żydzi ci przychodzili do nas z Tarnogrodu. Początkowo ukrywali się w stodole Dorosza, później u Bartosiewicza, a następnie — gdy czuli, że może wydarzyć się coś złego — poprosili o kryjówkę u nas. Ukrywali się w kopcu na ziemniaki, w dole w obrębie naszego gospodarstwa.
Pewnego dnia na podwórko przyjechała policja ukraińska z Księżpola. Pamiętam nazwisko jednego z funkcjonariuszy — Żur Michał, który pełnił tam funkcję komendanta. Innych nazwisk już nie pamiętam. Przyjechali z jednym mieszkańcem Bukowiny. Przeszukiwali całe gospodarstwo i byli bardzo blisko miejsca, w którym ukrywali się Żydzi. Już je minęli, ale wtedy ten mieszkaniec Bukowiny cofnął się i powiedział: „coś tu jest”. Gdy odkryli kryjówkę, Żydzi wyszli z dołu. Zabrano ich — nie wiem dokąd — ale wiadomo, że zostali rozstrzelani. Niedługo potem przyjechano także po ojca.
Ojciec chciał uciec rano do lasu, lecz nie zdążył. Było około piątej rano, dawał właśnie koniom jeść, kiedy zobaczył nadchodzących policjantów. Zabrano wtedy również Kukiełkę Jana, Dorosza, Bartosiewicz Ewę oraz ojca. Wszystkich przewieziono na posterunek w Księżpolu. Tam ojca bardzo bito — opowiadała mi o tym pani Bartosiewicz, która była zatrzymana razem z nim. Mówiła, że powiesili go na drzwiach, wyrwali mu z głowy kępę włosów i żądali, aby przyznał się do ukrywania Żydów. Ojciec się nie przyznał. W rzeczywistości jedzenie ukrywającym się Żydom przynosiły jego siostry — Maryna i Jagna, a także pani Bartosiewicz, Pisarczyk, Niemiec (zw. „Niemką”) oraz gospodyni nazywana Kycką. Z Księżpola ojca już nie wypuszczono. Przewieziono go najpierw do Biłgoraja, a później na Zamek w Lublinie. Z dokumentów, które posiadam, wynika, że na Zamku przebywał od 1 marca 1943 roku do 3 października 1943 roku. Tego dnia — 3 października 1943 r. — został wywieziony transportem z Lublina do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, gdzie otrzymał numer więźniarski 155333. Informacje te potwierdza dokumentacja przesłana przez Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau.
Ojciec niewiele mówił o swoim pobycie w Oświęcimiu. Był po wojnie bardzo wystraszony. Czasem tylko powtarzał: „Ty byś tam nawet 24 godzin nie wytrzymał tego, co ja tam wytrzymałem.” Przy jedzeniu wspominał, że w obozie dostawali: litr zupy z brukwi, około 15 dekagramów chleba dziennie, litr czarnej kawy oraz jedną łyżkę marmolady, o której mówił gorzko, że chyba była na „sraczkę”. Opowiadał, że w obozie pracowali cały dzień, od świtu do zmierzchu. Kto nie wytrzymał, tego inni musieli donieść na rękach. Poza tymi drobnymi urywkami — nic więcej nie chciał mówić. Wiem z dokumentów, że ojciec często przebywał w obozowym szpitalu, co świadczy o tym, że musiał tam przechodzić bardzo trudne warunki. W Oświęcimiu był do listopada 1944 roku. Następnie planowano ich wywieźć dalej do Niemiec. Podczas transportu pociągiem ojcu oraz innemu więźniowi udało się uciec — wyskoczyli z jadącego składu. Do domu powrócił w maju 1945 roku.











