» Kapsuła Pamięci » Wspomnienia wojenne Jana Szymanika

Wspomnienia wojenne Jana Szymanika

 

Wspomnienia wojenne Jana Szymanika 

wywiad przeprowadzony przez Ewę Szabat z Biblioteki Publicznej w Biszczy w 2025 roku

Nazywam się Jan Szymaniak, syn Stanisława i Marii. Urodziłem się 27 marca 1936 roku w Bukowinie. Wczesne dzieciństwo wspominam dobrze — dorastałem w domu z rodzicami i dwiema starszymi siostrami: Apolonią (później Fus) i Eugenią (później Kniaź). Życie płynęło spokojnie aż do roku 1943, kiedy jako sześcioletnie dziecko zostałem wraz z rodziną wysiedlony.

Wszystko zmieniło się dopiero w roku 1943. Miałem wtedy zaledwie sześć lat, niewiele rozumiałem z wydarzeń wokół nas, ale czułem strach dorosłych. Od pewnego czasu Niemcy coraz częściej kręcili się po wsi, obserwowali gospodarzy, robili zapiski. Nikt nie wiedział, dlaczego to robili, ani dlaczego nas — zwykłych ludzi — uznawali za „wrogów”.

Pewnego dnia przyszło wieści, że cała Bukowina może zostać wysiedlona. Nakazano nam przygotować jedzenie na kilka dni i czekać. Rodzice nie mówili nam wiele, aby nas nie martwić — zapewniali, że siostry będą dalej chodzić do szkoły.

Wkrótce potem — 1 lipca — Niemcy pojawili się pod naszym domem. Wczesnym rankiem do wsi zjechały ciężarówki z niemieckimi żołnierzami. Poruszali się według listy domów przeznaczonych do wysiedlenia. Nasz dom był pierwszy. Niemiec z karabinem wszedł bez pukania, kazał się ubierać i nie opuszczać domu, towarzyszył mu drugi Niemiec, który umiał mówić po polsku, czekali na nas w sieni. Tata, mama i siostry zaczęli się krzątać, co wzbudziło podejrzenie i żołnierz wszedł do środka domu i ponownie ostrzegł, że nie wolno nigdzie wychodzić.

Ojca Stanisława oraz dziadka Jana zabrano jako pierwszych— odłączono ich od nas i wywieziono nie wiadomo gdzie. Mama pytała Niemca, dokąd ich wiozą, ale usłyszała jedynie, że „wkrótce się spotkamy”. Po około piętnastu minutach kazano nam opuścić dom. Mama zdążyła spakować tylko najpotrzebniejsze rzeczy i jedzenie. Mnie dała czerwoną trzylitrową metalową banieczkę na wodę — towarzyszyła mi przez całą wojnę i wiele razy była ratunkiem.

Zaprowadzono nas na łąkę między obecnym gospodarstwem Mazurka a płotem Rocha Makucha. Tam gromadzono rodziny z tej części wsi. Nas oraz osiem innych rodzin ustawiono osobno, pod samym płotem. Pamiętam, że była tam też rodzina Kozy z kolonii.  Nie wiedzieliśmy dlaczego.  Pamiętam jak stałem przy mamie, ściskając jej spódnicę i tę moją banieczkę. Panował upał, byliśmy spragnieni, a w powietrzu wisiało napięcie, którego dziecko nie potrafiło nazwać, ale doskonale czuło.

Wkrótce przed nami rozstawiono kilku Niemców z karabinami maszynowymi. Leżeli w trawie, gotowi do strzału. Po pewnym czasie od strony krzyżówki, czyli początku wsi podjechała ciężarówka z grupą mężczyzn, wśród nich był mój tata i dziadek — związani powrozami za ręce, które mieli przytwierdzone do takiego drążka w samochodzie. Na nim oprócz taty i dziadka znajdowało się jeszcze około 10 osób. Pozwolono tacie podejść i pożegnać się z nami. Następnie Niemcy zabrali go na motocykl i odjechali. Jak się dowiedzieliśmy potem od taty zabrano go jeszcze do naszego domu, bo Niemcom zachciało się miodu, a mój ojciec posiadał ule. Tam dom już był splądrowany, łącznie z miejscem gdzie był przechowywany miód, zostało go niewiele ale udało się coś jeszcze wyskrobać dla tych żołnierzy. Potem wrócił razem z Niemcami i ponownie zapakowano go na ciężarówkę.

Słońce prażyło, byliśmy głodni i spragnieni. Na szczęście miałem wodę mojej banieczce. Ludzi było coraz mniej — kolejne grupy odprowadzano do samochodów. Kiedy mama zrozumiała, że coś jest nie tak, że naszą grupę trzymają osobno, przesunęła cicho i dyskretnie moje siostry w stronę krewnych, w grupach, które szły w stronę początku wsi. Najpierw do rodziny Koszelów, a potem do mojego wujostwa. Ja zostałem z mamą, ciągle trzymałem się jej spódnicy i nie odstępowałem na krok, zwyczajnie jak dziecko bałem się.

W końcu i nas doprowadzono na szosę, gdzie stało wiele ciężarówek pełnych ludzi. Ku naszej ogromnej uldze zobaczyliśmy, że siostry trafiły na ten sam samochód. Nie było jednak z nami ojca i dziadka.

Kolumna ruszyła. Minęliśmy Tarnogród i Różaniec, kierując się na wschód, aż dojechaliśmy do miejsca w lesie, gdzie mieliśmy krótki postój. Dopiero przejeżdżając obok wielkiego komina, zrozumieliśmy, że to Bełżec. Ludzie zaczęli się modlić, bo krążyły słuchy, że w tym miejscu palą ludzi. Na szczęście jechaliśmy dalej — do Zwierzyńca.

Tam za drutami było już mnóstwo ludzi. Obóz był podzielony na dwie części — w jednej można było się poruszać, w drugiej był tzw. barak karny. Tam trafili ojciec i dziadek. Nas umieszczono w zwykłych barakach, dawnej stajni, noszącej jeszcze ślady po koniach, posypanej tylko słomą. Był lipiec, wielki upał, obóz znajdował się w lesie.

Ojca i dziadka ciągle przesłuchiwano. Tata był wielokrotnie bity, cały siny. Wymuszano zeznania, pytano, czy należy do jakiejś organizacji. Ojciec powtarzał tylko, że jest rolnikiem i jedyną organizacją, do której należał, była straż pożarna. W końcu jeden z Niemców miał powiedzieć innemu: „Dajcie mu spokój, on nic nie wie, on tylko rolę widział”. Po tygodniu wypuszczono tatę z baraku karnego. Dziadek został zwolniony, ale nas już nie — zamiast tego przeznaczono nas do wywózki na roboty do Niemiec.

Po dwóch–trzech tygodniach wsadzono nas do pociągu i wywieziono aż do miejscowości Ahnen. Tam pracowaliśmy u niemieckiego bauera, kaleki ze sztywną nogą. Natomiast dziadek trafił do Puław, a stamtąd pieszo wrócił do Bukowiny — zastał tam już tylko spalone budynki gospodarcze, został tylko dom, ale nie mógł do niego wrócić bo tam mieszkał Ukrainiec. Z późniejszych opowieści dowiedziałem się, że wieś została podpalona przez partyzantów, w momencie kiedy nasiedlono tutaj ludność ukraińską. Nasz dom też prawdopodobnie by spłonął, ale gospodarz ukraiński podobno sam zaczął go gasić i tylko róg domu był trochę osmolony. Szkoda po budynki gospodarcze były jeszcze nowe, niedawno przez rodziców postawione.

Bauer, u którego mieszkaliśmy, miał syna w podobnym wieku do mojego. Z czasem zaprzyjaźniliśmy się, jak to dzieci. My mieszkaliśmy w osobnym budynku razem z Ukraińcami. Polaków było około 22 osoby. Na polu bauera pracowaliśmy razem, zdarzało się tez ze razem z nami pracowali także jacyś Niemcy. Pamiętam naloty angielskie i amerykańskie. Podczas jednego z nich zestrzelono samolot — kilku pilotów wyskoczyło na spadochronach. Jednego widziałem z bliska, zanim zabrali go Niemcy. On nie miał broni i się poddał, miał jakiś emblemat na ubraniu chyba czerwonego krzyża. Inni podobno mieli broń walczyli Niemcami i część z nich zginęła. Mówiono też, że zginęli wtedy nawet Polacy, którzy przypadkiem znaleźli się w pobliżu i chcieli ich zobaczyć.

W Niemczech byliśmy około 1,5 roku. Pamiętam obchodziliśmy tam Boże Narodzenie, mieliśmy nawet choinkę. Bauer był zasadniczo uczciwy, choć zdarzały się sytuacje niebezpieczne, jak wtedy, gdy tata obsługiwał pompę do gnojówki i urządzenie się zepsuło. Podejrzewano tatę o sabotaż, przyjechała policja. Tata musiał cały dzień ładować gnojówkę ręcznie. Próbował jeszcze w nocy jeszcze naprawić pompę ale tylko jeszcze bardziej ja połamał. Bał się konsekwencji i kiedy bauer rano przyszedł do niczego się nie przyznał, gdyż bal się konsekwencji. Kiedy rano bauer to zobaczył, udał że o niczym nie wie a w nocy spał, bał się konsekwencji swojego czynu.

Potem było już lepiej. Po zajmowaniu kolejnych miejsc przez wojska alianckie, przyszedł też czas na naszą miejscowość. Z miejsca, w którym pracowaliśmy trafiliśmy do obozu amerykańskiego. Tata od razu zgłosił się do pracy. W końcu, szczęśliwie, wróciliśmy do Polski.

Z wojny zapamiętałem też scenę z Bukowiny — jak był prowadzona drogą koło naszego domu żydowska dziewczyna. Prowadziła ją grupa chłopów, prawdopodobnie Ukraińców. Krzyczała, rwała włosy z głowy, błagała, aby ją puścić. Pytali ją, gdzie się ukrywała — nic nie powiedziała. Zaprowadzono ją w stronę młyna i tam, jak mówiono, zabito. Do dziś nie chcę nawet wiedzieć, jak naprawdę było.

Dziś, po latach, wiem jedno: dziecięca pamięć jest jak fotografia — widzi obrazy, gesty, strach, upał, płacz. Nie rozumie wszystkiego, ale nosi to przez całe życie.

NIP: 918-11-02-050
REGON: 951192434
tel.: 84 685 60 67
e-mail: info@goksirbiszcza.pl
Gminny Ośrodek Kultury, Sportu i Rekreacji
Biszcza 50
23-425 Biszcza
©2026 Net Partners