Wspomnienia wojenne Jana Kulińskiego
Wspomnienia wojenne Jana Kulińskiego z Biszczy
przekazane przez jego wnuczka Arkadiusza Kulińskiego
Często wspominam moje lata kiedy zacząłem widzieć świat i ludzi oczami dziecka, które wychowuje się w rodzinie z ojcem, mamą, trzema siostrami i starszym bratem. W gospodarstwie które liczyło około 20 ha. Posiadaliśmy także dwa konie, kilka sztuk bydła, świnie, owce i dużo drobiu oraz dwa psy. Pomagałem w pracach w gospodarstwie jak tylko mogłem , nikt mnie do pracy nie zmuszał. Byłem bardzo kochany, pewnie też dlatego, że byłem najmłodszy. Do szkoły pierwszy raz poszedłem z mamą 1 września 1939 roku. Zostałem zapisany do klasy pierwszej. Zrobiło to na mnie duże wrażenie bo nauczyciel który mnie przyjmował to był Pan Sieradzki, który prowadził u nas organizację strzelców. Pamiętam, że często z moim tatą chodziłem oglądać ćwiczenia strzeleckie, musztrę i inne zawody sportowe. Coś jednak zaczynało się dziać bo w domu była bardzo podniecona atmosfera, często słyszało się słowo wojna. Siostra Wanda wezwana została do oddziału straży pożarnej, była mobilizacja. Tata miał furmankę i odwoził do Biłgoraja młodych ludzi powołanych do wojska. Orkiestra grała, były przemówienia, często słychać było, że za tydzień będziemy w Berlinie. Byłem bardzo ciekawy tej wojny bo co tam wojna przecież są strzelby , jest Pan Sieradzki i mają karabiny, za tydzień może za dwa będzie po wojnie, Pan Sieradzki pójdzie na wojnę , zrobi tam swoje a gdy wróci to opowie nam wszystko w szkole. Na razie do szkoły nie chodziłem bo brakowało nauczycieli a budynek szkoły był zamknięty. Pomagałem w gospodarstwie najczęściej poganiałem konie w kieracie bo był wrzesień i było dużo zboża do młócenia. Tymczasem stosunki Polaków i Ukraińców bardzo się poróżniły ; nadmienić należy , że miejscowość Biszcza była zamieszkana w 50% przez Ukraińców , 45% Polaków a w 5 % przez ludność żydowską. Pewnego razu gdy poganiałem konie w kieracie nadleciały dwa samoloty , leciały bardzo nisko, usłyszeliśmy dwa wybuchu, były to zrzucone przez Niemców dwie bomby jedną na wygonie, gdzie dziadek Marczak pasł kozy a drugą na pole obok zabudowań, wybuchła panika, konie wystraszone , psy z podwiniętymi ogonami uciekały do ludzi. Zrozumiałem, że ta wojna to coś innego niż ja sobie wyobrażałem. Sąsiadka ściągnęła z głowy chustkę bo była czerwona i bała się, że będzie ją widać z daleka. Ludność ukraińska zaczęła organizować władzę, ubliżać nam Polakom, gdy mówiliśmy im „dzień dobry” to oni odpowiadali nam „zdrastwujte” lub inaczej zaczęli rozmawiać w swoim języku. O byle co powstawały kłótnie i ja wtedy wraz z rówieśnikami rozpocząłem małą wojnę która polegała na przykład na tym, że wystarczyło powiedzieć do Ukraińca „ uRusina dupa sina” i już trzeba było uciekać, oni mieli przewagę i było ich więcej. Ja dalej myślałem, że wróci Pan Sieradzki z wojny i zrobi z nimi porządek. Któregoś dnia na horyzoncie ukazały się tumany kurzu, doleciał do nas huk motorów i z tego kurzy wyłoniło się kilka motocykli z przyczepkami, na których były ustawione karabiny maszynowe a w przyczepkach siedzieli Niemcy w hełmach i wyglądało to wszystko bardzo groźnie. Zatrzymali się niedaleko od naszych zabudowań, wyskoczyło kilku i poszli na wzniesienie skąd przez lornetki obserwowali teren dookoła. Wieczorem przyszedł do nas sąsiad i mówił, że walki trwają, Warszawa walczy a ci tutaj to byli tylko małą grupką i pod Tarnogrodem zostali rozbici ale ja widziałem ojca który był bardzo przygnębiony i smutny. Po kilku dniach duży oddział wojska niemieckiego zajechał do Biszczy , zajął szkołę i inne większe budynki, stawiano baraki. Chodziłem ich oglądać, było to wojsko ładnie ubrane, czyste, stawiano szalety, kopano rowy w kształt zygzaka przeciw pociskom lotniczym. Powstała niemiecka administracja, rozwieszono różne plakaty. Pamiętam taki plakat ktoś powiesił na naszym płocie „nie kupuj u Żyda na nawet bij Żyda” . Plakat ten zerwaliśmy z takim żydkiem i schowaliśmy pod naszą stodołą. Któregoś dnia ojciec przyszedł i oznajmił, że Pan Sieradzki wrócił. Wszyscy się bardzo cieszyli ale niedługo bo zaraz doszła wiadomość, że ma on się zameldować na gestapo. On jednak tam nie poszedł bo popełnił samobójstwo. Był to oficer Wojska Polskiego. Zostawił list, że nie godzi się z tym, że Polska została zdradzona. Zauważyłem, że niemieckie oddziały coś kombinują, formują kolumnę i wyprowadzają się na zachód od naszej miejscowości w stronę Krzeszowa- Leżajska i zaraz w nocy na to miejsce na koniach przyjechało wojsko sowieckie. Było ich bardzo dużo, wszędzie było ich pełno, mieli długie karabiny i czerwone gwiazdy na czapkach. Zajęli domy, podwórka, szkołę oraz majątek-folwark Młodzianowskich. Zaczęto wprowadzać nowe porządki . Miejscowa ludność bardzo serdecznie ich witała, były transparenty na gminnym budynku z napisem „sorok let my was żdali” ( 40 lat czekaliśmy na was). Niektórzy pozakładali czerwone opaski. Żydzi chodzili i rozdawali krowy z folwarku, odgrażali się Polakom. Rano przyprowadzili kilku polskich żołnierzy, pokazali ich ludności. Jeden z żołnierzy mówił, że pochodzi z tych stron i prosił żołnierza rosyjskiego o to czy może odwiedzić swoją rodzinę, on się na to nie zgodził a ludność ukraińska uznała to za słuszne. Wieczorem do domu naszego przyszedł sołdat ( radziecki żołnierz) i dwóch miejscowych z czerwonymi opaskami na rękawach. Oznajmili, że wieczorem wszyscy musimy
stawić się pod budynkiem gminy. Kiedy tam poszedłem z tatą odbywało się przemówienie, na temat tego, że przynieśli nam wolność, że koniec z obszarnikami , że teraz będzie nowa władza. Później wyświetlono film. Było to moje pierwsze kino które w życiu widziałem. Przez 2 godziny przemawiał Lenin i pokazywali jak to w Rosji żyją ludzie. Znowu na naszym płocie znalazł się taki plakat z napisem w języku rosyjskim-„Polska rozleciała się jak domek z kart”. Był na tym plakacie Hitler i Stalin. Hitler miał duży topór a przed nim była mapa Polski którą on rozcinał a Stalin pokazywał palcem jak ma rozcinać i mówił „Tolko po połowie”.
Następnego dnia przyszli do naszego domu starszyna oraz dwóch miejscowych z czerwonymi opaskami . Gdy przyszli to ten starszy chodził i oglądał cały dom. Na ścianie wisiał obraz serce Jezusa i on pyta mamę „e to kto” mama mówi, że to nasz Bóg a on zapytał „a od kuda on odzież wziął”. Oznajmili, że zajmują dom, że tutaj będzie izba chorych a nam sześciu osobom kazali wynieść się do komory. Natychmiast sprowadzono lekarzy, skropili dom jakimś śmierdzącym środkiem i zaczęto przyjmować chorych. W bramie stał sołdat, miał duże kropidło, obok niego stało wiadro z jakąś cieczą i kto wchodził był mocno tym kropiony, dopiero po tym zabiegu mógł wejść . Trwało to kilka dni, ze stodoły nosili dla koni niemłócony owies, w snopkach siano brali nie pytając. Konie wiązane były do olch, które to drzewa całkiem obgryźli z kory. Nie mieli szaletów a wszystkie bandaże wyrzucali pod płotem. Było gorąco muchy całymi stadami obsiadały te nieczystości. Trwało to kilka dni bo którejś nocy jakieś zamieszanie, bardzo szybko zerwali się ze snu i wyjechali w stronę Józefowa. A wraz nimi od nas ci którzy nosili czerwone opaski. Obok nas mieszkała rodzina Żydów, nazywali się Moszko-ojciec, Chaja- ich matka. Pamiętam dobrze ich dzieci to Chana, Nuta, Josef, Lejba, Szulins, Rachela i Pinkwas, mieli oni własny sklep. Kiedy odjechała armia czerwona to natychmiast wrócili Niemcy i zaczęło się. Bardzo często nachodzili tę rodzinę Niemcy i miejscowi Ukraińcy . Demolowali sklep, domagali się wszystkiego. Wyznaczyli do pracy członków tej rodziny, kopali rowy melioracyjne a przy dojściu do miejsca pracy lub powrotu z roboty śpiewali „że Hitler złoty uczy nas roboty bo ten Śmigły Rydz nie nauczył nic. Kiedy Niemcy powrócili do Biszczy wszystko zostało zmienione, wyznaczono na wójta gminy Ukraińca, oczywiście za zgodzą Niemców. Ustawiono posterunek policji ukraińskiej, cała załoga posterunku to Ukraińcy. Zaczęły się aresztowania podejrzanych Polaków, ale najgorzej prześladowano ludność żydowską. Ze szczególnym okrucieństwem zaczęto koncentrować ludność żydowską w miasteczku Tarnogród, tam prowadzono ludność ze wszystkich okolicznych wsi. Do miejscowości Tarnogród doprowadzono z tej rodziny ojca Moszka, matkę Chaję oraz dzieci Chanę, Lejbę, Szulinę i Pinkwasa . Nuta poszedł z wojskiem sowieckim bo on chodził z czerwoną opaską na rękawie, natomiast Jozef długo się ukrywał. W zimie został złapany przez przypadek. Blisko drogi stała pusta drewniana chałupa, tam nikt nie mieszkał i zimie od strony drogi są zamarznięte szyby to znak, że ktoś tam jest. Zrobiono obstawę i wyprowadzono Jozefa. Prowadzili go do gminy gdzie podobno zmuszali go żeby powiedział kto pomagał jemu przeżyć. Jak później słyszałem, że zaniechano przesłuchania bo się obawiano, że mogła pomagać mu przeżyć któraś z ukraińskich rodzin i trzeba byłoby ich zlikwidować bo za pomoc Żydom groziła kara śmierci. Jozef został rozstrzelany w Biszczy. W Tarnogrodzie gdzie koncentrowano ludność żydowską w 1942 roku w listopadzie wszyscy zostali wymordowani.
Cała administracja została oddana Ukraińcom, Posterunki w Biszczy i w innych gminach obsadzone były przez Ukraińców. W Tarnogrodzie działa 70-cio osobowy oddział Policji pod dowództwem Władysława Dawnochwała, który w bardzo brutalny sposób traktował ludność Polską i pomagał Niemcom. Niemcy stosowali politykę poróżniania Ukraińców i Polaków ale najgorsze miało dopiero nadejść. Pamiętam, że nałożono na nasze gospodarstwo bardzo wysoki kontyngent, który po oddaniu nie dawał szans do przeżycia z rodziną. Do szkoły nie chodziłem bo gdy tylko pokazałem się na drodze to musiałem uciekać. Mogłem iść ale tylko z kimś starszym. Tata mój często w domu nie nocował bo się bał. Byliśmy nachodzeni, robiono rewizje w domu. Pewnego razu w nocy przyszło dwóch Ukraińców pijanych, wyważyli drzwi, ojciec uciekł, buszowali po domu-szukali taty. A my tj. ja, dwie siostry, mama i brat narobiliśmy tyle krzyku, że zawalili nam piec i poszli. Ojciec wszystko słyszał i poznał ich obu. Nie wiem jak to się dalej stało, oni nas więcej nie nachodzili. Podobno byli przez kogoś nastraszeni. Mimo tego, że tata nie nocował w domu to ja wiedziałem gdzie śpi i udawało mi się go czasami znaleźć. Przytulić się do niego i chociaż chwilę z nim pobyć, to pamiętam do dziś. Pewnego dnia
sprowadzono do nas żarna, ustawiono w stodole tam jak było trochę zboża to mielono je na mąkę, mama piekła najlepszy chleb. Często widziałem, że mama kroi chleb, suszy go i chowa do worka. Dowiedziałem się, że Niemcy i Ukraińcy będą robić z nami to co zrobili z Żydami. Gdy mielono w żarnach to ktoś musiał stać na warcie i pilnować ażeby ktoś obcy nie zauważył, że u nas są żarna, to często ja stałem z takim długim kijem i gdy ktoś obcy się zbliżał to ja mocno biłem po ścianach i młyn przestawał pracować. Byłem bardzo dumny z tego, że byłem potrzebny. Mieliśmy spichlerz z dziurawą podłogą, zboża wiele tam nie było ale było dużo myszy. Robiłem polowania, doszedłem do lepszej wprawy niż kot, brałem kotkę, ona złapała jedną i uciekała a ja rencami łapałem i rzucałem nimi o podłogę, ścianę i było po nich. Rodzice zabraniali tego robić. Któregoś dnia przyjechał ktoś na rowerze, długo rozmawiał z tatą później z mamą i widziałem, że coś się zaczyna, bo gdy odjechał mama powyjmowała moje ubrania, siostry też musiały posortować swoje sukienki . Wszystko było posortowane i gotowe do ubrania. Dowiedziałem się, że będą nas wywozić. Tylko nikt nie wiedział dokąd. Chodziłem i karmiłem swoje króliki, było ich około 20-stu. Brałem ich na ręce, nosiłem po podwórku a siostry ze mną je głaskały. Wiedziałem, że coś się dzieje bo obie siostry dużo płakały i mi też się to udzieliło i płakałem razem z nimi. Dopiero mama zaczęła nas uspokajać. Tata przyszedł popatrzył, przytulił mamę. Nastała ponura noc i nikt w domu nie spał. Rano jak wstałem zauważyłem, że od strony pola stoi Niemiec z karabinem maszynowym skierowanym w naszą stronę, dalej drugi, jeszcze dalej trzeci, wieś była otoczona. Około godziny 9 na plac obok naszego domu tam gdzie teraz stoi młyn pędzono całe rodziny Polaków, wprowadzono ich na plac jak do amfiteatru bo na obrzeżu placu stało wojsko i prawie wszyscy Ukraińcy. Słychać było żarty i dowcipy na nasz temat. Obok na pustym placu stała grupa Polaków, wszyscy oglądali nas. Ta grupa została bo była potrzebna Niemcom, podobno coś tam podpisali. Zobaczyliśmy, że w grupie Polaków do wysiedlenia jest ksiądz, oddzielono go od reszty. Na nasze podwórko wszedł cywil i dwóch Niemców, w tym czasie mama zdjęła obraz serca Jezusa ze ściany, postawiła na stole i wszyscy głośno modliliśmy się. Potem wstaliśmy i udaliśmy Siudo wyjścia. Cywil i Niemcy stali na podwórku. Cywil miał listę, coś mówił, kazał zamknąć dom a klucz zostawić w drzwiach. Na placu sortowano mężczyzn osobno a kobiety i dzieci osobno. Nastąpiło liczenie . Po dwóch godzinach podjechało 9 samochodów i nastąpił załadunek. Przy wrzaskach Niemców samochody zostały załadowane. Do każdego wsiadło po dwóch Niemców. Cały czas byliśmy obserwowani, słyszałem jak jedna z kobiet wołała „gdzie oni ich powiozą” na co druga odpowiedziała, że wiozą ich do Bełżca na mydło. Cały czas widziałem jak rabowano nasz dom, każdy brał co się dało. Najbardziej to było mi szkoda moich królików. Był 2 lipiec 1943 roku . Samochody które nas wiozły jechały w stronę Biłgoraja przez miejscowość Majdan. Tam był okropny widok, paliło się kilkadziesiąt budynków, wojsko i jacyś cywile pędzili przestraszonych ludzi , słychać było strzały, dużo ludzi tobołkami stało na placu, pilnowało ich wojsko a cała wieś płonęła. Nas wieziono dalej, dopiero przed wieczorem zatrzymano samochody i nastąpiło pędzenie nas do ogrodzonego drutem kolczastym lasu w Zwierzyńcu. Tam nastąpiło piekło. Dzielono, sortowano , czytano nazwiska, zabierano wyczytanych przy wrzaskach Niemców pędzono ludzi to w jedną to w drugą stronę. Słyszałem wołania zgubionych ludzi, płacz dzieci. Uspokoiło się dopiero w nocy. Całą rodziną spaliśmy pod gołym niebem. Słyszałem krzyk ludzi bitych dochodzący z baraku stojącego w lesie, bo tam było śledztwo podejrzanych, skąd często wynoszono ludzi w kocu. Trwało to przez kilka kolejnych nocy, potem którejś nocy zerwały nas wrzaski esesmanów . Ustawiono nas w kolejce w rzędach po 5 osób i w nocy pędzono w las. Ludzie mówili, że idziemy do stacji kolejowej. Stał tam pociąg z wagonami towarowymi. Wszystko pilnowane przez Niemców. Niektórzy z psami i z bronią gotową do strzelania. Załadowano nas do wagonów, zatrzaśnięto drzwi. Na szczęście byliśmy całą rodziną razem i dopiero tam doceniłem mądrość mojej mamy która suszyła ciemny razowy chleb. Sprawiedliwie dzieliła nas tym chlebem w obozie w Zwierzyńcu i w zamkniętych wagonach.Pociąg stał, był to lipiec a wagony były nagrzane słońcem i brak wody to były ciężkie tortury. Ludzi mdleli, dzieci prosiły o picie a wagony były pozamykane. Dopiero pod wieczór pociąg ruszył , jedni mówili, że jedziemy na zachód a inni, że na wschód. Ludzie się pogubili, nikt nie wiedział jaka jest data i jaki dzień tygodnia. Pociąg jechał całą noc dopiero nad ranem zatrzymał się, zobaczyłem, że otacza nas szczelnie żandarmeria z psami. Okropny wrzask, krzyk „sztojgen poloniszen banditen”. Formują kolumnę, ustawiają i pod eskortą prowadzą nas ulicami Lublina. Wspaniali ludzie, mieszkańcy Lublina podają nam butelki z wodą, rzucają całe bułki chleba , pamiętam jak młoda dziewczyna podleciała bliżej i wysypała cały koszyk bułek i jabłek , jeden z eskortujących wystrzelił ale na szczęście w powietrze, Ona zdążyła uciec. Ludzie ci w przeciwieństwie do nas wiedzieli gdzie nas prowadzą. Po przejściu kilku kilometrów zobaczyłem dużo baraków, kominy dymiące, wierze strażnice, wszystko szczelnie ogrodzone drutem kolczastym i ileś tam bram, szlabanów , dużo wojska oraz ludzi ze spuszczonymi głowami i w ubraniach w niebieskie pasy albo po cywilnemu z czerwonym pasem i z namalowanymi na plecach literami KL. Wprowadzono nas na plac , tam oddzielono mężczyzn od lat 14-stu. Resztę wtłoczono do baraku. Było bardzo ciasno, brakowało wody nie było czym oddychać. Rano apel, ustawiono nas piątkami, liczono. Przywieziono jakąś ciemną ciecz, mówiono, że to kawa. Następnie zaczęło się sortowanie ludzi. Zabrano siostry-Wandzię i Józię , Niemki umundurowane z pejczami biły kobiety gdzie popadło. Nas popędzono do baraku z napisem łaźnia. Tam otrzymaliśmy papierowe worki. Trzeba było się rozebrać do naga, swoje ubranie włożyć do worka, napisana worku swoje imię i nazwisko i do łaźni nago. Z łaźni były dwa wyjścia, jedno prowadziło do komory gazowej a drugie na zewnątrz. Gdy byliśmy w łaźni komora gazowa była zajęta. Tam zapędzono tych którzy byli w łaźni przed nami. Przy wejściu do gazu paliła się czerwona żarówka z napisem „halt”. Nas wypuszczono do wyjścia , wydano jakieś ubrania na których był czerwony pas z literami KL. Otrzymałem ubranie z dorosłego mężczyzny. Musiałem kombinować. Spodnie podwinąłem pod kolanem, resztę podwinąłem, opuściłem do dołu i tak chodziłem. W marynarce pozawijałem rękawy. Suchary mamy się skończyły. Byłem bardzo głodny , zwołano apel wieczorny. Staliśmy na apelu bardzo długo, nie wolno było się poruszyć. Kto się ruszył był wyciągnięty na taboret i dostawał baty. Zdarzało się to bardzo często. Widziałem jak do porannego apelu stawali ludzie a na końcu wynoszono i kładziono na ziemi tych którzy w nocy zmarli. Każdego dnia było kilku zmarłych w innych blokach było podobnie. Byłem bardzo głodny. Pewnego razu zobaczyłem, że po rozdaniu tzw. Kawy przewracało się kocioł i rękami jedliśmy to co na dnie kotła było. A był tam palony jęczmień który namoczony można zjeść i tak było kilka dni. Przeniesiono nas na inne pole, było trochę luźniej , rano każdego dnia więźniowie pchali wóz, ładowali zebrane zwłoki i wieźli w stronę krematorium. Któregoś dnia zostaliśmy wyczytani ażeby zgłosić się schreib szlubie , tam była cała nasza dokumentacja. Sprawdzano wiek każdego , oglądano ze wszystkich stron, mama wyjaśniała nam, że wszyscy jesteśmy w obozie. Za kilka dni wróciła siostra Wanda i Józia i następowało łączenie rodzin. Ale nie dawał mi spokoju wysoki, obity deskami płot pomiędzy blokami i zastanawiałem się co tam za nim jest. Któregoś dnia we dwóch postanowiliśmy przez małe szpary coś zobaczyć i zobaczyłem, że tam jest tylko piasek, na piasku leżą nadzy lub pół nadzy ludzie któryś ruszy ręką inny kłapnie ustami, gdy ktoś był bardzo słaby tamgo zostawiano bez żadnej opieki. Co jakiś czas zatrzymywał się tam wóz, zbierano zmarłych, tam był koniec. Zauważył nas Black firer, pędził za nami ale byliśmy szybsi. Uciekliśmy a on krzyczał po czesku, że nas znajdzie i zostaniemy ukarani. Pytał ludzi o tych co się wmieszali w tłum ale nikt nas nie wydał, udało się ale miałem już duszę na ramieniu.
Rano na drugi dzień po apelu ten Czech chodził i nas szukał. Ale poszedł dalej , myślałem, że to już po mnie. Poszedłem bliżej kuchni obozowej, byłem bardzo głodny ale stamtąd nas przepędzono. Brakowało wody, gdy było słoneczna pogoda to się rozpieraliśmy i urządzaliśmy polowanie na wszy których było bardzo dużo. Wydawało się, że zdjęta odzież odłożona na bok cała się rusza. Któregoś dnia po apelu wieczornym jedna kobieta weszła na teren pod druty i z wieży strażniczej została zastrzelona. Zdarzało się, że niektórzy więźniowie celowo szli do ogrodzenia i tam ginęli od porażenia prądem albo od strzałów. Otrzymany mały kawałek chleba nie zaspokajał głodu, chleb był z domieszką trocin drzewnych. Zupa to woda, można było zobaczyć buraka, brukiew albo owies. Miałem aluminiową miskę z dnem wtłoczonym to środka i tyle. Miski trzeba było pilnować, jeszcze miałem łyżkę bez trzonka i to był mój cały majątek. Skąd to miałem to nie pamiętam. Często chodziłem oglądać przez druty inne pola, gdzie było bardzo dużo więźniów, zawsze wydawało mi się, że z daleka widzę mojego tatę ale to tylko złudzenie bo jego dawno tam już nie było. Po śledztwie przeniesiono ich na inne pole do roboty. Bardzo często robiono selekcję, każdego oglądano , coś pisano, mówili, że mają nas zabierać do roboty do Niemiec bo któregoś dnia ustawiono nas w kolumnie rodzinami i pędzono w stronę Lublina do czerwonego krzyża. Tam dawano nam jeść i było trochę ciszej. Wcześniej skierowano nas do łaźni i oddano nam worki z naszą odzieżą. W Lublinie ogromne zaskoczenie, wrócił ojciec i był nie do poznania. Bez włosów, bardzo zmieniony jakiś mały i od razu zabrał nam wydane jedzenie, zostawiając malutką porcję. Byliśmy tym bardzo zaskoczeni. Ale to wyszło nam na dobre bo ci ludzie co jedli wszystko i dużo to dostali bólów, bardzo wielu wymagało pomocy lekarzy. Chorowano na jakąś czerwonkę a każdy miał kłopoty z żołądkiem. Tata czuwał abyśmy przestrzegali jego poleceń no i jakoś nikt nie chorował. Tam znowu selekcja. Niemcy każdego oglądają, każdego z
osobna , bardzo dokładnie. Mnie ważą, mierzą, zaglądają do oczu , mierzą obwód głowy, klatki piersiowej i wszystko zapisują i kierują nas do grupy przeznaczonej do pracy w Niemczech. Znowu jesteśmy prowadzeni ulicami Lublina do stacji kolejowej i znowu załadunek, liczenie do wagonów towarowych. Stawiają w kącie wagonu kibel. Dają na cztery osoby jeden bochenek chleba. Zamykają szczelnie wagony, pociąg rusza na zachód. Jedziemy, jedziemy, jedziemy, jedziemy…podobno dwa tygodnie. Gdy się pociąg zatrzymuje to w szczerym polu na krótko, podają trochę wody, trochę chleba, marmelade i jedziemy dalej. Część ludzi z naszego transportu na stacjach gdzieś zabierają. My jedziemy dalej aż do Wittenbergii, okolice Stutgartu. Tam zabrali ojca po przesłuchaniu go w gestapo. Nie wysłano go do obozu ale przydzielono do pracy. Następnie zabrano siostrę Józię gdzieś do roboty, potem siostrę Wandę, następnie policjant zabrał brata, zostałem tylko ja z mamą. Było nam bardzo smutno. Mama 49l. ja 11l. któregoś dnia mamę zawołano do roboty a ja zostałem sam , przyszedł policjant zabrał mnie i zaprowadził do rodziny niemieckiej gdzie był stary Niemiec inwalida. Musiałem mu pomagać ubrać obuwie, pomóc wstać a on bez przerwy wrzeszczał z czego ja nic nie rozumiałem a on krzyczał na mnie i na swoich domowników, wydaje mi się, że i na Hitlera. Pewnego dnia kazał wziąć worek i szpadel i iść na zbocze góry. Z tego co pokazywał i tłumaczył zrozumiałem, że mam zakopać ten worek ale po co zakopywać pusty worek, wykopałem dołek wrzuciłem do dołu ten worek dokładnie zasypałem , udeptałem ziemię i wracam a on miał lornetkę, taką rozciąganą lupę i widział, że zakopałem worek. Gdy podszedłem do niego chciał mnie zbić ale uciekłem. Zawołała mnie Niemka, poszliśmy z nią razem, odkopaliśmy worek , nasypaliśmy ziemi do worka i przynieśliśmy do worka a ten Niemiec tylko wrzeszczał i patrzył na mnie i pukał się palcem w głowę i pokazywał na mnie. Pewnego dnia przyjechał na rowerze policjant , przywiózł mi Piterę P, kazał przyszyć do ubrania, kazał mi iść za nim, szliśmy dosyć długo. Ujrzałem fabrykę. Na bramie oglądano mnie ze wszystkich stron a ja z tą literą P stałem jak na wystawie. Przyszedł strażnik, zaprowadził mnie do baraku , pokazał sztube czyli łóżko z desek. Wydano mi ubranie robocze, fartuch i drewniaki. Wszystko wokoło było nowe , czułem się okropnie. Cała rodzina sześcioosobowa rozdzielona, ja byłem sam a mama nic nie wiedziała co się ze mną dzieje. Strażnik okazał się jednak dobrym człowiekiem, chodził ze mną na stołówkę i zaprowadził mnie do hali fabryki. Tam jest takich jak ja 50. Każdy coś czyści, wyciera. Mnie przydzielono na stanowisko pracy obok innych. Strażnik pokazał co mam robić. Ogłoszono przerwę na obiad. Dostałem miskę, łyżkę i kubek. Po obiedzie znowu do roboty. Wszyscy bardzo mi się przyglądali i pokazywali na moją literę P przyczepioną do ubrania. Wreszcie koniec, dniówka skończona wszyscy do łaźni i trochę wolnego, rozejrzałem się. Baraki niskie, w kształcie czworoboków w środku plac apelowy. Na środku tego placu jest coś w kształcie beczki, która miała służyć do wymierzania kary ale nigdy tam nie byłem, znam tylko z opowiadań, że za przewinienie w czasie apelu kładziono takiego, przewieszano przez beczkę , jeden trzymał za głowę , drugi bił a skazany głośno musiał liczyć po niemiecku a gdy się pomylił w liczeniu to zaczynano od nowa. Po zakończeniu ten bity musiał temu co go bił serdecznie podziękować. Tak mijały dni , tygodnie. Któregoś dnia na teren fabryki zajechał wóz konny z bańkami z mlekiem. Woźnica głośno krzyczał na konie i bardzo przeklinał, jakoś inaczej niż Niemcy. Gdy tak stałem on zauważył, przyjrzał mi się i znowu zaczął wrzeszczeć a ja go pomiarkowałem, że to chyba Polak. Gdy zabierał puste banki podszedłem i powiedziałem, że mogę pomóc załadować te bańki. Podszedł do mnie i zapytał z jakich jestem stron ale widziałem, że cały czas się rozgląda i się boi. Powiedział mi tylko, że jeszcze się spotkamy. Widziałem, że miał łzy w oczach i bardzo chciałem z nim porozmawiać. Czasami wóz zajeżdżał ale zawsze był to inny woźnica. Było mi bardzo smutno. Czasami nawet myślałem o ucieczce ale strażnik chyba to przewidział bo bardzo często podchodził do mnie po capstrzyku , sprawdzał naszą sztubę, wreszcie na noc stawiano w kącie baraku kibel i zaczęto zamykać drzwi baraku na klucz. Wiem, że sprawdzano moją pryczę bo kiedyś znaleziono tam skrawek chleba zabrany ze stołówki. Często w nocy sprawdzano czy wszyscy śpią, nieraz udawałem, że śpię i wszystko słyszałem. Zaczęły się naloty i bombardowania. Noc była oświetlona, widać było pożary i wybuchy. Czasami bombardowania trwały bardzo długo, nikt nie spał. Szef fabryki zarządził żeby zacząć budować schrony ale one nie mieściły całej załogi i gdy był alarm to Niemcy do schronu a reszta tam gdzie było miejsce. W tym lagrze byli ludzie w moim wieku od 10 do 15 lat a nazywał się Auslendise ziwiiarbajter junger lager fabryka kupfer schmit. Byli tam Francuzi, Włosi, Ukraińcy no i 3 Polaków bo dowieźli dwóch braci z poznańskiego tak jak ja z literą P. Dostawaliśmy lepsze jedzenie w obozie i nareszcie przestano nas straszyć. Beczkę z apel plaz gdzieś zabrano, coś zmieniło się na lepsze. Francuzi i Włosi zaczęli otrzymywać paczki z domów. Dowieźli też 10 Ruskich, którzy nosili na niebieskim tle litery OST. Było nam raźniej bo z Ruskimi można było się porozumieć. Najgorsi to byli Francuzi, oni o byle co robili tyle krzyku, często dochodziło zatargu między ruskimi a francuzami. Ja trzymałem z ruskimi. Raz doszło do jakiejś kłótni, że strażnik interweniował, nawet dołożył francuzom bo w żaden sposób nie mógł ich uciszyć. Któregoś dnia przyjechał wóz z bankami , był ten sam Polak , już u bramy go słyszałem. Zobaczył mnie , głową i ręką dał mi znak żebym do niego nie podchodził. Podszedłdo koni, niby coś tam poprawiał, nie patrzył na mnie i mówił, że Twoja mama wie, że Ty tutaj jesteś i już niedługo to wszystko się skończy. W tym czasie podleciał do niego jakiś cywil, wskazał ręką na wóz i na bramę, nie wolno było z nikim rozmawiać. Samoloty codziennie latały bardzo nisko i było ich bardzo dużo. Wiedziałem, że Niemcy dostają lanie z samolotów. Strzelano do samochodów , alarmy były kilka razy w ciągu dnia. Słychać było bombardowania sąsiednich miast, któregoś dnia widziałem, że szef biegiem pędził przez halę fabryczną . Na terenie fabryki Niemcy posmutnieli. Strażnik przestał chodzić z pałą, przestał krzyczeć, ja gdzieś zgubiłem moją literę P. zobaczył to, popatrzył, machną ręką i poszedł dalej. Jeden francuz pobiegł za nim i tłumaczył mu, że nie noszę litery P i, że sam ją zdjąłem.
Któregoś dnia samoloty bombardowały naszą miejscowość, to było w niedzielę rano. Wszystkie ruskie ludzie były w łaźni bo oni mało kiedy do schronu ciekali tylko jak był alarm uciekali w ogrody a w tą niedzielę było w łaźni dużo ciepłej wody. Gdy zaczęli bombardować to oni po wybuchu z łaźni 10 chłopców nago rozlecieli się po ogrodach i to ja najdalej od fabryki, gdy alarm odwołano , gdy wyszedłem ze schronu z Niemcami co to był za widok jak oni wracali to był heca, była zabawa, chowali się za drzewami i głośno mnie wołali, prosili abym przyniósł im ubrania lub koce. Było dużo gruzu ale nikt nie zginął. Ruskie ludzie umieli sobie radzić, oni mieli wszystko. Gdy było pędzenie owiec to oni włazili do przepustu , wciągali owce i piekli w cynkowni. Tam pracowali Niemcy ale oni mieli z ruskimi spółkę, czasami ja dostałem coś do jedzenia z kradzionej owcy.
Bombardowania były prawie codziennie a samoloty myśliwskie latały bardzo nisko i strzelali do samochodów. W dzień samochody prawie nie jeździły, jedynie w nocy słyszałem huk motorów. Niemcy ciągnęli na zachód nocą dużo wojska a na autostradzie obok fabryki pod wiaduktem trwały jakieś roboty. W dzień znowu alarm lotniczy, dużo wojska pod drzewami, bombardują teren
fabryki, jestem w schronie, cały budynek drży , Niemcy się modlą a ruskie przeklinają, w schronie nie ma szefa fabryki, mówią, że wyjechał. Strażnika też nie ma , nikt nie krzyczy i nie pokazuje tablicy z napisem „tylko dla Niemców” . Siedzimy w schronie już drugą dobę, jakaś Niemiecka przyniosła koszyk kanapek , chleb z marmoladą, rozdaje po jednej. Zanim doszło do mnie to kanapek zabrakło bo francuzi brali po dwie. Przypominają mi się suchary naszej mamy, Majdanek, siostry Józia, Wanda, brat i tata. Jaki ja jestem sam, głodny, brudny, niewyspany. Śpię siedząc na metalowych schodach. W nocy słychać wybuchy, nikt nie śpi , wybuchy słychać raz bliżej a raz dalej, samoloty ostrzeliwują wszystko. Sypią się okna, jeden szum, huk. Wreszcie okropna detonacja. Gaśnie światło, w schronie zrobiło się cicho, jak się okazało to Niemcy wysadzili dwa przęsła wiaduktu, który był blisko fabryki na autostradzie. Po kilku godzinach ktoś otwiera schron, tylko gdzieś daleko szum słychać pracę. Bardzo dużo motorów, zaczyna się ostrzeliwanie ponad naszymi głowami. Bardzo duży ruch, dużo wojska ale w tym widać, że Niemcy się wycofują, po prostu uciekaąj. Ktoś na dachu naszej fabryki wywiesił białą flagę. Pociski zrobiły dużo szkody , jest pełno gruzu, znowu uciekamy do schronu. Brakuje wody bo jest już trzeci dzień bez jedzenia. Ale ruskie ludzie zawsze coś kombinują. Zawołali mnie i mają jakieś konserwy z grochem, kto im to dał tego nie wiem. Jestem brudny i niewyspany ale myślę tylko gdzie mój tata , mama Józia , Wanda i brat Stach. Gdy wyszedłem ze schronu widać, żę szosą po mału jeździ dużo pojazdów, czołgi , samochody. Widać coraz więcej białych flag na domach dookoła fabryki. Wszyscy powychodzili ze schronu, zajechało na apel plaz kilka samochodów i duży czołg. Byli to amerykanie, na każdym samochodzie i czołgu białą gwiazda. Ludzie powychodzili a na czołg wszedł jakiś starszy i po niemiecku zaczął przemawiać, mówił , że Niemcy kaput i żeby nikt się nie ukrywał i nieba to nic złego go nie spotka. Przyjechał samochód, rozdawał chleb konserwy, ja dostałem czekoladę a dorośli papierosy. Otwarto biuro, wyniesiono dużą niemiecką flagę z łamanym krzyżem na białym tle , rozpostarto na asfalcie , oficer wytarł w nią buty, podeptał i gwizdkiem dał znak a wszystkie samochody po niej wjechały na teren fabryki. Zaczęło być wesoło , Rosjanie przynosili odzież i jakieś obuwie, zakładali nowe garnitury, były butelki i zaczęły się śpiewy ale szosą prawie cały czas jadą czołgi i samochody, gdzieś słychać wystrzały, dużo jest czarnych żołnierzy amerykańskich. Zrobiło się jakieś zamieszanie, wojsko na umówiony sygnał bardzo szybko ładuje się do samochodów i czołgów, wszyscy wyjechali z terenu fabryki. Za chwilę okropne strzelanie, potem kilka samochodów z malowanymi czerwonymi krzyżami bardzo szybko pojechało w tym kierunku, jest to prawdziwa wojna. Po kilku godzinach karetki z czerwonymi krzyżami jeżdżą to w jedną to w drugą stronę. Widać pośpiech, na terenie fabryki i okolicy jest dużo wojska. Ja nic nie rozumiem , pełno pojazdów w sadach , pomiędzy nimi kursują takie małe pojazdy bardzo szybko jeżdżą , mają znaki MP, mówią, że to wojskowa policja. Pod wieczór niby jest ciszej ale samoloty bez przerwy latają. Wreszcie wszystkich cywili zapędzają do baraków a na teren apel plaz amerykanie przyprowadzają około 30 żołnierzy niemieckich. Ustawili stół, pojedynczo podprowadzają ich do stołu, jestem blisko i widzę z mojego baraku jak się ich o coś pytają, zabierają dokumenty , pojechały dwa duże samochody. Jeńców prowadzono do tych samochodów, siadali na podłodze a dookoła przy burcie siedziało wojsko i tak odjechali w stronę Sztudkartu. Po kilku dniach wjechał na plac fabryki samochód, wysiadło z niego kilka osób a z nimi moja mama. Przyjechała po mnie. Było powitanie, były łzy, pod wieczór przyszedł brat Stasio. Co za radość, mama mówi, że jutro będziemy wszyscy bo Ci co przywieźli mamę to z urzędu zbierają wszystkich Polaków. Już wiedzą gdzie jest nasz tata Józia i Wanda. My tutaj mamy być gotowi , ci panowie to Polacy i odwiozą nas do obozu dla Polaków w Gejslingen bo wojna się kończy i będziemy wracali do swoich domów do Polski. Jest wiosna. Mama chciała abyśmy całą rodziną po 2,5 roku wracali. Na drugi dzień przyjechał samochód, słyszę polskie rozmowy, jest tata i dwie siostry. Wszyscy płaczą ale się cieszymy, że jedziemy wszyscy razem. Na samochodzie jest jeszcze kilka osób. Są to Polacy tak jak my, jest urzędnik Polak, dużo z nami rozmawia, jedziemy do miasta Gejslingen. Jest tam już dużo Polaków. Jest wyżywienie, tam są biura, spisują nas. Ja zostaję zapisany do szkoły, jest nauczyciel, dostajemy mieszkanie w baraku rodzinnym, jedną izbę. W szkole jest 20 uczniów w różnym wieku. Najpierw egzaminy, co kto potrafi. Czytam bardzo dobrze, litery znam, najgorzej jest z pisaniem ale tabliczkę mnożenia znam bardzo dobrze, mam 13 lat i gdy byłem w domu w Polsce to starszy brat chodził do szkoły w Biszczy i często czytał na głos dzięki czemu się uczyłem czytać i tabliczki mnożenia. Nauczyciel był bardzo wyrozumiały. Za dobrą odpowiedź często mnie chwalił a nawet pogłaskał. Siadał obok mnie i wypytywał jak się znalazłem w Niemczech, jak było w Majdanku . Do szkoły w Gejslingen chodził w wojskowym mundurze, jedynie na kołnierzu munduru miał krzyż i mówił, że kto chce to on nas przygotuje do pierwszej komunii. Chodziłem na naukę ale on uczył tylko tych co nawet pacierza nie umieli. Pierwszą komunię przyjąłem w Kościele Katolickim w Gejslingen, jest ze mną cała rodzina. W kościele jest Polskie Wojsko i dużo Polaków. Działo się to w maju 1945 roku. Mieszkamy w mieście Gejslingen całą rodziną. Dostajemy wyżywienie tzw. UNRA , jest w tym obozie dużo ruskich , trochę Litwinów, Ukraińców ale najwięcej Polaków. Są często kradzieże, bijatyki a nawet strzelaniny. Często interweniuje wojsko. Ja chodzę do szkoły ale do której klasy to nie wiem, mam jeden zeszyt i ołówek ale z całej klasy najlepiej umiem tabliczkę mnożenia. W tym obozie coraz częściej przyjeżdżają jacyś agenci. Jedni namawiają na wyjazd do Polski to znowu inni do Kanady. Któregoś dnia ktoś przyjechał z Polski , zrobił zebranie Polaków i głosił, że Polski nie ma, że tam jest pełno ruskiego wojska. Część Polaków boi się wracać a Rosjanie w ogóle do Rosji nie chcą wracać, mówią , że boją się Stalina. Wreszcie otrzymujemy list z Polski, że na nas czekają ażeby szybko wracać bo ojczyzna czeka , że nasza gospodarka będzie nam oddana. Dom i budynki zdewastowane ale stoją.
Ojciec zdecydował, że wracamy do domu. W obozie jest dobrze działająca administracja, jedni agitują żeby wracać inni mówią żeby uciekać bo tam wywożą ludzi na Sybir ale mama i tata decydują, że wracamy. Zapisują nas na transport koleją do Polsk. Na bocznicę kolejową podstawiają wagony kolejowe i przy pomocy administracji amerykańskiej i pracujących tam Polaków zajmujemy miejsce w wagonie całą rodziną. Pociąg udekorowany biało-czerwonymi flagami ruszył w stronę na wschód do Polski. Jest jeden wagon z wojskiem gdzie wydają nam wyżywienie, na platformie pociągu jadą doczepione do wagonów wojskowe samochody. Wreszcie w szczerym polu pociąg się zatrzymuje , jest szczegółowa rewizja, kolejno każdego rewidują, szukają broni bo z wagonów strzelano do Niemców. Ja jako dziecko przyglądam się tej rewizji. W pewnym momencie podszedł do mnie znajomy Polak, z tyłu za pas włożył mi jakieś żelazo, zapiął pas i powiedział, że dzieci nie rewidują i że by się nic nie bać. Stałem tak w drzwiach wagonu z tym żelazem, domyśliłem się, że jest to pistolet. Kiedy rewizja doszła do naszego wagonu mnie odsunięto na bok a resztę rewidowano bardo szczegółowo. Z niektórych wagonów wyrzucano jakieś żelastwa. Potem mówiono, że w wagonach znaleziono dużo broni, tylko nie można było ustalić która broń jest czyja, wojsko szybko zakończyło rewizję i pociąg ruszył. Wtedy podszedł do mnie znajomy Polak z Panią Weroniką , podarowali mi piłkę do siatkówki z dedykacją oraz do marynarki wpięli mi orzełka białego z koroną. Powiedzieli, że uratowałem i parabela. Jechaliśmy długo, często pociąg stawał i czekał, trwało to czasami bardzo długo. Jak długo trwała ta podróż to nie wiem , wiem tylko , że jedziemy przez Czechy i pod wieczór będziemy wjeżdżać do Polski do stacji w Dziedzicach. Wreszcie pociąg wjeżdża na stację , jest bardzo duży transparent z napisem „witamy Was Polacy, ojczyzna czeka” na peronie jest orkiestra wojskowa, są powitania i pożegnania. Wreszcie orkiestra zagrała hymn Jeszcze Polska nie Zginęła, ludzie płaczą, niektórzy po prostu wyją. Wszyscy powysiadali z wagonów , ogólne podniecenie i ogłaszają przez głośniki „uwaga na złodziei”, było to w samą porę bo gdy ludzie trochę ochłonęli stwierdzono ogólny bałagan, że już brakuje bagaży bo ktoś wykorzystał ten moment, na szczęście nam nic nie zginęło bo mama wszystkiego dopilnowała. Nie było tego wiele ale i tego trzeba było pilnować. Wysiadamy z pociągu na peron, okropnie dużo ludzi. Ludzie układają się snu, pod gołym niebem na swoich tobołkach. Rano otwarto Państwowy urząd repatriacyjny . Spisano nas , dostajemy bezpłatny bilet do miejsca zamieszkania ale co z tego jak wszystkie pociągi są tak przepełnione, ludzie jadą nawet na dachach wagonów. Siedzimy na stacji w Dziedzicach aż wreszcie jakimś cudem udaje się wsiąść tylnymi drzwiami do pocztowego wagonu ale tylko do Kielc. Ten przejazd tata załatwił za amerykańskie papierosy. Wysiadamy w Kielcach, na stacji bardzo dużo ruskiego wojska, na ulicach też a ja wypuściłem się zobaczyć trochę ze stacji i tam zostałem zatrzymany bo miałem w klapie marynarki tego białego orzełka z koroną. Dwóch żołnierzy w polskich mundurach zastąpiło mi drogę. Pytają co to jest i co ja tu robię w Kielcach, jeden z nich przystąpił do zdejmowania tego orzełka i w końcu mi go zabrał. A kiedy szedłem za nimi i prosiłem żeby mi go oddali jeden wrócił i chciał mnie uderzyć ale nie dałem się zaskoczyć. Gdy wróciłem na stację w Kielcach i opowiedziałem swoją przygodę wszyscy posmutnieli i ja zrozumiałem, że tu żartów nie ma. Siedzimy na stacji w Kielcach, jakaś dziewczyna przynosi nam dwie butelki herbaty i dwie bułki. Rozmawia z nami i mówimy jej, że chcemy dojechać do Lublina. Wróciła na drugi dzień i pyta ile osób jest w naszej rodzinie. Mówimy jej, że 6 osób. Następnie wróciła pod wieczór z wiadomością, że będzie pociąg i możemy wsiąść do wagonu bagażowego i tu znowu pomogły amerykańskie papierosy. Na drugi dzieńjesteśmy już w Lublinie, widzimy znajomą stację i czujemy się coraz lepiej, coraz bliżej domu. Pod wieczór ktoś ukradł nam całą żywność bo była w takim plecaku , sprawcę zaraz złapano ale gdy go goniono, schował to gdzieś i już tego nie odnaleziono. Przyznał się gdy go bili, bardzo z siostrą Wandą prosiliśmy żeby tego nie robili. W Lublinie było już łatwiej wsiąść do pociągu, było mniej ludzi i dojechaliśmy do Zwierzyńca. W Zwierzyńcu stała kolejka wąskotorowa, jak gdyby na nas czekała bo gdy tylko wsiedliśmy od razu odjechała. Dojechaliśmy nią do Biłgoraja. Jechała, sapała, gwizdała tak pomału, że czasami ludzie wysiadali i szli obok. Tak dojechaliśmy do Biłgoraja. W Biłgoraju spotkałem takiego trochę starszego ode mnie z Biszczy i nie czekając na nikogo, obydwa ,pieszo, prawie biegiem, 20 km. boso 5 listopada 1945 roku wyruszyliśmy do domu do Biszczy.











